Ciemna uliczka w środku wielkiego miasta jakim jest Nowy Jork.
Niby zwykłe miejsce, ale może się tu zdarzyć chyba wszystko.
Mary właśnie panowała swoje rzeczy na dwutygodniowy wyjazd szkoleniowy. Jechała aż do Anglii, więc to była największa przygoda w jej dotychczasowym życiu. Jednak trochę się bała, pomimo przyzwyczajenia się do codziennego życia w "niebezpiecznym mieście" jakim jest Nowy Jork. Szczerze mówiąc to każdego dnia na ulicy spotyka się jakiegoś przestępcę. Właśnie włożyła do walizki ostatnią bluzkę i zapięła zamek. Za około dwie godziny miała przyjechać po nią Alice, która podwiezie ją na lotnisko. Dziewczyna zbiegła po schodach i wzięła kanapki, które miała wcześniej przygotowane. Nalała sobie soku pomarańczowego i przeglądając dzisiejszą gazetę jadła posiłek.
Po skończonej przekąsce poszła przygotowywać się do wyjazdu. Musiała zrobić dobre wrażenie jeśli chce cokolwiek osiągnąć jako dziennikarka, więc spakowała swój zeszyt z wszystkimi pomysłami i notatkami na temat przeróżnych spraw nękających ludzkości XXI w.
Kiedy wszystko skończyła i była całkowicie gotowa na dwutygodniowe rozstanie się z rodzinnym miastem zadzwonił dzwonek do drzwi.
Wyszła ze swoimi bagażami zamykając dom na klucz i upewniając się kilka razy dla świętego spokoju czy na pewno zamknęła dom.
Jakieś kilkanaście minut później Mary żegnała się ze swoją koleżanką z pracy na lotnisku. Nie była zbyt towarzyska, więc jedyne znajomości jakie zawierała to z ludźmi, z którymi pracowała i w ostateczności z barmanem w Starbucks'ie, którego widywała prawie codziennie. Będąc na stażu w redakcji gazety porannej, bardzo często konieczne jest zarwanie paru nocy z rzędu wyręczając pracowników pełnoetatowych. Niestety, ale taka jest prawda. Ktoś doświadczony i leniwy, oddaje swoje obowiązki dla nowych w branży i zbiera pochwały za czyjeś wypociny.
Odprawa i lot minął w dosyć nerwowej atmosferze. Tym bardziej, że dziewczyna po raz pierwszy leciała samolotem.
Na miejscu pojechała taksówką do hotelu i postanowiła, że jak na razie zatrzyma się tutaj. Może później znajdzie jakiś tańszy motel.
Zostawiła bagaże w wynajętym pokoju i wybrała się na małe zwiedzanie miasta, ponieważ była dopiero godzina szesnasta. Kierowała się zasadą- "Chodź tam gdzie jest stosunkowo dużo ludzi to raczej nic ci się nie stanie, a nawet jeśli to ktoś może będzie na tyle życzliwy, że zadzwoni po karetkę, albo policję."
No i oczywiście coś czego nauczyła się jako mała dziewczynka mieszkając w NY - "Omijaj ciemne uliczki i zaułki oraz nie reaguj na żadne zaczepki."
Nagle usłyszała pisk opon, a metr od niej zatrzymał się czarny Jeep cudem unikając dachowania. Z samochodu wyszedł wysoki dwudziestoletni mężczyzna i zaciągnął ją wozu.
-Możesz mi łaskawie wyjaśnić, dlaczego zostałam porwana?! - wydarła się wściekła na szatyna na siedzącego obok niej.
Samochód prowadził mulat, który zaśmiał się gdy spojrzał na lusterko.
Obok niego siedział znudzony blondyn i wpatrywał się w GPS-a wcinając burgera z McDonald'a. Na przeciwko dziewczyny i szatyna siedzieli jeszcze dwaj mężczyźni. Obaj mieli włosy w kolorze ciemnego brązu. Siedzący po prawej miał widoczny tatuaż na ręce, a drugi miał charakterystyczne loczki na głowie, które przytrzymywała wiśniowa bandamka w kratkę.
-Prawdopodobnie byłaś świadkiem wypadku, który spowodowaliśmy. - Odpowiedział ze stoickim spokojem szatyn siedzący obok niej.
-Dopiero dzisiaj przyjechałam pierwszy raz do Londynu i przyrzekam, że nic nie widziałam! - krzyknęła znowu.
-Oh.. Nam nie chodzi o dzisiejszy dzień. To było rok temu w Nowym Jorku. Pamiętasz już? - Powiedział loczkowany.
-Wtedy w zaułku, to wy zabiliście tamtego człowieka - odparła zszokowana - i teraz macie zamiar zabić mnie - dodała z nutą przerażenia w głosie.
-Niekoniecznie... To zależy od szefa gangu.
-Cudownie - mruknęła.
W pewnej chwili wszyscy pasażerowie poczuli mocne szarpnięcie. Parę sekund później w przednią szybę uderzyło kilka pocisków.
-Kurwa... Nie mogli sobie innego momentu znaleźć - mruknął niezadowolony kierowca. - Będzie strzelanina. Chrońcie dziewczynę. Liam i Niall idziecie ze mną.
Wszyscy oprócz szatyna, który siedział obok Mary posłusznie wykonali zadania. Widocznie mulat był przewodniczącym grupy co nie ppodobało się jemu. Szatyn ukradkiem spojrzał na dziewczynę i chwytając ją za rękę schował się w jednej z kamiennic.
-Idziemy na dach - oznajmił oschle.
Kiedy byli już na górze i widzieli całą akcję, szatyn wyciągnął dwa pistolety.
-Pewnie nie umiesz strzelać, co? - spytał podając jej broń.
-Przez jakiś czas chodziłam na strzelnicę - przyznała.
-Okay. Celuj w tego czerwonego mini-vana, a ja załatwię resztę. Chyba, że się boisz. Wtedy będzie kiepsko. Tak w ogóle to Louis jestem - uśmiechnął się.
-Mary i poradzę sobie - odpowiedziała pewna siebie.
Tak na prawdę nie miała zielonego pojęcia dlaczego to robiła. Z natury była spokojna i cicha. Nie mogła nawet na martwe ryby w sklepie patrzeć, co dopiero sama zabić człowieka! Jednak to była całkowicie inna sytuacja. Wystrzeliła kilka razy w cel wskazany przez jej towarzysza, o ile tak go można nazwać. Jednak jednego się nie spodziewała. Nagle poczuła silne uderzenie w plecy. Zobaczyła, że Louis zabija wroga, który oddał strzał i biegnie do niej. W ostatniej chwili udaje mu się złapać dziewczynę zanim jej ciało spadnie z piątego piętra kamiennicy.
-Niee! - wrzasnął trzymając w rękach dziewczynę. - To nie możliwe - dodał załamany.
Chłopak czule pocałował dziewczynę, a ona resztkami sił odwzajemniała pocałunek.
-Żegnaj Lou. Miło Cię było poznać - powiedziała i zamknęła oczy.
Kto by pomyślał, że miłość może zaatakować tak szybko?
_____________________________________________________________
Mam mieszane uczucia co do tego imagina. Dostałam akurat weny i pisałam go na szybko, na dodatek na tablecie, więc z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy.
Oby się komukolwiek spodobało :>
Pozdrawiam, Blaire's :*
;(
OdpowiedzUsuńPłacz xD
Mamo czuję się alone , mam karę na kompa od drugiej mamy.. LI_LI
Usuń